1. Zanim wszystko się zaczęło


Około roku 2006-go, moja rzeczywistość wyglądała dwojako. Z jednej strony byłam szczęśliwie zakochana, a więc kobiecość moja miewała się znakomicie, z drugiej – tkwiłam w kompletnej nędzy, mówiąc krótko, a więc cała reszta mnie była w kiepskim stanie.


Firma, którą prowadziłam dosyć sprawnie przez ostatnie lata, padała — a właściwie padła. Przyczyny tego upadku były dwie, w każdym razie te podstawowe – duża konkurencja, głównie nieuczciwa, tudzież nieuczciwi klienci, którzy nie płacili za zlecenia. Zajmowałam się architekturą wnętrz, więc kwoty do zapłacenie były spore – to zbiorowe działania stolarzy, murarzy, elektryków, hydraulików… Wszystkim trzeba było zapłacić, skoro więc ja nie dostawałam kasy od niefrasobliwego oszusta, byłam w czarnej dupie. Wystarczyło dwóch takich klientów, żeby pogrążyć kogoś, kto nie miał dużych zapasów na koncie, bo starał się, jako jedyny żywiciel rodziny, spełniać jej wszystkie potrzeby.

W tamtym czasie wszystkie rynki w Polsce były jeszcze trochę dzikie, bo jako wolne istniały zaledwie kilkanaście lat. Pomoc prawna dla takich osób jak ja nie istniała w praktyce, była bowiem (zdaje się, że nadal jest) zbyt kosztowna.

W efekcie wspomnianych wyżej czynników pewnego dnia stanęłam na stosie długów, nad oceanem nie zatkanych dziur i mogłam albo gwizdać albo się wachlować.

Starałam się nie pozwalać sobie na przerażenie, bo to paraliżuje ale czasami ulegałam i krzyczałam w łazience, przy odkręconym kranie i z ręcznikiem wciśniętym w usta – żeby rodziny nie płoszyć. Patrzyłam na jedyną parę swoich butów, których zelówki były prawie przeźroczyste, na wycerowane sweterki mojej córki i z paniką myślałam, że nijak tego nie rozwiążę. Kiedy na trzy kawałki pękła nam umywalka – skleiłyśmy ją z Weroniką Poxipolem, leżąc przy niej na podłodze, żeby ją dobrze dociskać przez wymagane 10 minut i jeden kawałek podtrzymując moim kolanem.


Do jedzenia miałyśmy chleb, olej, ziemniaki i cebulę. Można ugotować ziemniaki i zjeść je okraszone przysmażoną cebulą, a drugiego dnia usmażyć je na oleju bez cebuli, żeby się nie nudziło. Można jeść chleb z cebulą na surowo lub przysmażyć chleb na oleju. Można nakroić górę cebuli, udusić ja w oleju na miękko i zeżreć, nie przejmując się zapachami wydalanymi potem przez wszelkie otwory. Kombinacji jest szereg – zapewniam ale i tak po kilku tygodniach twoją ulubioną rozrywką jest rozmowa o tym, co kupisz do jedzenia, gdy będą pieniądze.

Kiedyś poszłyśmy z moim znajomym na Stare Miasto i wypiliśmy po coca-coli, siedząc na ławeczce przy Barbakanie. Czułam się potwornie upokorzona. Nie tym, że kupił nam coca-colę przecież ale tym, że było to dla mnie tak szalenie atrakcyjne i niecodzienne, świąteczne niemal.

Wiedziałam, że nie mogę się poddać, a jednocześnie czułam, że wpadam w paranoję i zaczynam nienawidzić wszystkich, którym wiodło się lepiej.

Do tego wszystkiego jeszcze ten wszechobecny społecznie, typowo polski klimat pogardy dla każdego, kto nie miał kasiory, bo przecież jedyne, co oznaczał brak kasiory to frajerstwo – cokolwiek to znaczy, tak naprawdę.

Nie wiem, jak teraz w Polsce wygląda pozycja kobiet po czterdziestce na rynku pracy, bo mnie to od dawna nie dotyczy – ani czterdziestka, ani rynek pracy. W tamtych latach była to pozycja leżąca. Na piasku pustyni, w palącym słońcu i w znacznym oddaleniu od jakiejkolwiek oazy, kiedy to na skomlenie o wodę, przejeżdżający majestatycznym wielbłądem Beduin oferuje skomlącemu bułkę z masłem. Kobieta szukająca pracy w Polsce, w pierwszej pięciolatce XXI wieku powinna mieć nie więcej niż 25 lat, doktorat i duże cycki – wtedy, przy dodatkowych atutach jak np. długie nogi i znajomość dwóch obcych języków, sukces można było uznać za gwarantowany. Kobieta po trzydziestce (dobrze utrzymana i zadbana) w analogicznej sytuacji powinna na wszelki wypadek rozpoczynać rozmowę kwalifikacyjną od poinformowania potencjalnego szefa o własnej otwartości seksualnej, przy czym gwarancji nie było, bo nigdy nie należy przeceniać znaczenia dupy. Dla kobiet po czterdziestce nie istniał żaden schemat – był już tylko fart lub niefart. Fart obejmował sytuację, gdy np. jakaś szkoła podstawowa poszukiwała woźnej albo jakaś poczta listonoszki, bo etatowa poszła na macierzyński.

W czasie, gdy wachlowałam się nad oceanem dziur, żadna szkoła ani żadna poczta nie poszukiwały pracowników. Czyli niefart.


Czułam się źle, jako matka młodej dziewczyny, która to chciała się rozwijać, bywać między ludźmi, wyglądać – a ja nie mogłam jej niczego zapewnić. Czułam się strasznie jako człowiek, ponieważ nie widziałam żadnego rozwiązania, wyjścia z tej sytuacji, a życie ze świadomością beznadziei jest nieomal nie do zniesienia; wielu ludzi popełnia samobójstwo w takich momentach lub co najmniej ma ku temu poważne skłonności. No i czułam się koszmarnie jako obywatel, widząc, że nie mam żadnych praw, nie doczekam się  żadnej pomocy, a tzw. państwo byłoby właściwie z mojego samobójstwa zadowolone, ponieważ nic z mojego istnienia dla państwa nie wynika.  Próbowałam jakoś się z tym uporać i zachować przynajmniej zdrowie psychiczne, zaangażowałam się więc nawet w działalność polityczną, myśląc, że jeśli robię coś dla mojego kraju, to robię to także dla siebie; no i przynajmniej mogę być potrzebna tym sposobem. Polską zarządzał wtedy PiS, czego nie będę komentować, przynajmniej nie w tym momencie. Wspomnę jedynie, iż jakakolwiek działalność polityczna związana z obozem innym, niż PiS-owski była pracą zarówno heroiczną, jak i syzyfową. Wstąpiłam do partii Zielonych 2004, licząc, że przyłożę swą rękę do czegoś konstruktywnego, nowoczesnego i rewolucyjnego…


Bo, że pozwolę sobie na małą dygresję, mnie polityka zawsze jakoś kręciła. Oczywiście, początkowo był to wymiar kłócenia się z telewizorem i dyskusji w stylu ”nocne Polaków rozmowy” przy piwku, które z reguły charakteryzuje generalny brak wiedzy politycznej i zrozumienia wielu podstawowych politycznych pojęć. No i to ciągle nie dawało mi satysfakcji, chciałam się jakoś zaktywizować. W przeciwieństwie do wielu moich znajomych (przykro to przyznać – często kobiet), dla których (pomimo wrodzonej inteligencji i tak czy inaczej nabytej wiedzy) świat polityki jawił się jako obrzydliwy.

Jak słyszałam taką kobietę, która mówi, z dużym z siebie zadowoleniem i wyższością jakby: „nie wiem, nie będę o tym rozmawiać, bo mnie polityka nie interesuje” – miałam szaloną ochotę klepnąć ją w czoło. Od razu widziałam taka osiemnastowieczną matronkę, która wdzięcząc się do otoczenia, powiada słodkim głosikiem: „panie mężu drogi, a może by tak panowie o polityce nie rozmawiali przy stole? To wszak nie wypada tak męczyć nasze biedne głowy, my, kobiety takich spraw nie rozumiemy. Panie mężu drogi, ja tak pięknie proszę…”  No bo co innego angażować się w polityczną czy społeczną działalność – nie ma przecież takiego obowiązku i nie każdy musi mieć do tego tzw. dryg i pasję. Ale tak nic nie chcieć wiedzieć? Nie rozumieć zupełnie żadnych związków przyczynowo-skutkowych w świecie, na którym się żyje? Są przecież tacy/takie, dla których komunizm i socjalizm to jedno, „społeczeństwo” lub „obywatel” to jakaś nowomowa a demokracja jest wtedy, gdy MY wygramy. No, to jest wstyd, mówiąc krótko, w 21 wieku.


Ale wracając do Zielonych – co za kolosalna pomyłka… Świeży powiew, nieomal z punktu, stał się  pierdzeniem w starą kanapę.  Mająca  wielkie szanse mobilizacja kilkuset osób, która początkowo znalazła się nieomal w samym centrum zainteresowania mediów, stała się uśpioną, zachowawczą organizacją, odrzucającą wszelkie dobre i nośne idee, jeśli te zawierały pierwiastek kontrowersji. Nawiasem mówiąc, kilka lat potem wielu polityków zaczęło głośno mówić o tym, o czym Zieloni bali się wtedy szeptać, a kilku z nich się nawet na tym podlansowało.

Wszystko to nie oznacza, że był to wyłącznie czas stracony, bo ten czas mnie rozwinął – wiele rzeczy zrozumiałam i  poznałam w praktyce, dojrzał nieco mój sposób patrzenia na politykę, spotkałam wiele ciekawych, nierzadko wspaniałych osób. Jednak pomysł, że będę mieć swój udział w zmienianiu mojego kraju na lepszy, uleciał w sferę złudzeń i  niespełnionych (jako nierealnych) życzeń.          

Zieloni do dzisiaj oczekują na właściwy moment i są  przy tym tak nudni, że właściwie powinni chyba zmienić swój tytułowy kolor na szarość.

W każdym razie, po dwóch, czy trzech latach ciężkiej pracy społecznej,  dotarło do mnie, że obydwie — ja i partia — zmierzamy, póki co, donikąd.  Wyglądało więc na to, że poza szczęściem osobistym nie miałam nic. Nawet satysfakcji ze skuteczności własnych działań, że o jakiejś perspektywie rozwoju życiowego już nie wspomnę.

Szczęście osobiste jest, co prawda, jedną z najważniejszych płaszczyzn naszego życia, ale nie da się ugotować na nim zupy, co zrozumiałam niezwykle dobitnie, smażąc cebulę na oleju, czwarty miesiąc.  I wtedy ten stan rzeczy, który codziennie rano, w sekundę po przebudzeniu, zaciskał mi szczęki przerażeniem i bezradnością,  przerwałam decyzją o szukaniu szczęścia poza Polską. Twierdzenie ówczesnego prezydenta, jakoby za granicę wyjeżdżali tylko nieudacznicy, nie zrobiło bowiem na mnie żadnego wrażenia, podobnie, jak wszystkie inne jego twierdzenia.

Zaczęło się od, nazwijmy to, niewinnego telefonu…