7. Monaco -Warszawa

Nie mogę z całą stanowczością określić tych kilku dni jako wyłącznie miłe. Z pewnością jednak czas ten miał swoje zalety. Zwłaszcza że wszystko zostało powiedziane i sytuacja była jasna – to zawsze jest plus.


Poranki i popołudnia spędzałam na spacerach po księstwie i plażach Lazurowego Wybrzeża. Doszłam na piechotę do Nicei i wróciłam. Rozpoznałam, że jestem w Nicei, bo na chodniku leżało kilka papierków, co w granicach Monako jest niemożliwe do zobaczenia. Bodek mnie uprzedzał, że Nicea to brudna dziura (tak się dokładnie wyraził) i że rozpoznam ją po śmieciach na chodniku.

Oglądałam luksusowe butiki, choć nic nie mogłam w nich kupić. Włóczyłam się po plaży, chodziłam do Oceanarium i Ogrodu Róż. Codziennie była piękna pogoda, co od rana wprawiało mnie w dobry humor. Późniejsza część dnia była z założenia zrujnowana przez mój obowiązkowy udział we wspólnych posiłkach. Numer ze szczaniem w gacie nie został powtórzony, jak zresztą podejrzewałam, ale pozostał mi nerw na ten temat. Poza tym dziadzisko było, jak wspominałam, odpychającym towarzystwem. Nie sądzę, żebym była w stanie w jakikolwiek sposób zaserdecznić się z kimś takim, nawet w kompletnie neutralnej sytuacji i na zasadniczo innej  bazie. Więc tych kilka godzin, do czasu oddalenia się jaśnie pana na spoczynek, to były kiepskie godziny.

Potem jednak przychodził wieczór na tarasie, z papierosami i nabytą przezornie butelką J. D. Pufałam sobie dymkiem w pelargonie, sączyłam drinka i myślałam, e już za 4, 3, 2 dni, zobaczę Jerzyka i Weronkę. Wiedziałam przed wyjazdem, że będę za nimi tęsknić, ale siła tego, co czułam, przekroczyła wszelkie moje domysły. Życzę tego wyłącznie swoim największym  wrogom.


I to właściwie wszystko o moim pierwszym podejściu do emigracji ekonomicznej. Nie wydarzyło się już nic, co byłoby warte opisywania. Wypad na lotnisko po bilet — drogi jak cholera, bo kupiony w ostatniej chwili — i lot powrotny, zakończony powitaniem z ludźmi, których kocham. Radość powitania wydawała się, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nie mieć granic i końca. Zupełnie jakby nasze rozstanie trwało co najmniej z rok. Każde z nas wiedziało jednak, że lada moment rzeczywistość przerwie ten błogostan. Że za chwile skończą się resztki pieniędzy i zostaniemy znowu z ziemniakami, cebulą, olejem i tekturą włożoną do butów, żeby zatkać dziurę w zelówce. Czułam, wiedziałam, że tak być nie może, że coś trzeba zrobić.

Byłam 41-letnią kobietą, co w kraju mojego pochodzenia źle wróży. Dodatkowo nie miałam żadnych układów i znajomości, które pozwoliłyby się przełożyć na znalezienie przyzwoitego zajęcia.  Mój Jerzyk jest człowiekiem gotowym drapać pazurami kamienie, w razie potrzeby wyskrobania w nich dziury i braku odpowiedniejszych narzędzi, nie mniej jednak jego możliwości były mniej więcej takie, jak moje. Właściwie wtedy były mniejsze, bo choć to facet 10 lat młodszy – brakowało mu wiary w sukces własnych poczynań. Lata, które przeżył jako jedyny wrażliwy w stadku gruboskórnych bydlaków, zawęziły zakres jego życzeń i śmiałość. Jeszcze marzył, ale już nie oczekiwał. Moja dzielna Weronka, niezwykle odpowiedzialna, wyrozumiała i dojrzała emocjonalnie osoba, starała się, jak mogła, ale ona z kolei była podówczas bardzo młoda, nie miała doświadczenia ani życiowego, ani zawodowego. Ona dopiero zaczynała.

Więc kto, jeśli nie ja?