8. Edynburg – życzliwe dachy i choroby psychiczne

Następna szansa, a właściwie okazja (bo szansa zawiera coś na kształt obietnicy, jakąś perspektywę), trafiła się po około dwóch miesiącach. Złapałam tę okazję  w zęby i uczepiłam się jej z tą samą co poprzednio motywacją, która brzmiała: nie mam nic do stracenia.


Za pożyczone pieniądze kupiłam bilet lotniczy do Edynburga. Tam bowiem oferowano mi dach nad głową na tzw. dobry początek. Nie wiem czemu ubrdałam sobie, że to będzie dach życzliwie bezinteresowny, może coś takiego zostało powiedziane, nie pamiętam. Przyszłość pokazała, że to piramidalna pomyłka była, ale wyjeżdżając o tym nie wiedziałam przecież. Jerzyk, jak zdecydowaliśmy, miał przyjechać do mnie później, musiał wyrobić sobie nowy dowód osobisty i chciał odpracować okres wypowiedzenia, na wszelki wypadek. Znowu bolesne pożegnanie, łzy, odlot. Miałam ze sobą 50 funtów oraz walizkę z ciuchami i śpiworem.

Pierwszych kilka tygodni mojego pobytu w stolicy Szkocji było i straszne, i dziwne, i śmieszne. Mam tu na myśli sferę, że tak powiem, ludzką, bo wrażenia, jakich dostarczyło mi miasto jako takie – to zupełnie inna para kaloszy. O sobie nadmienię, że zapewne przyjemniej głodowałoby mi się na ulicy, niż pod tym „życzliwym” dachem. Aby ułatwić zrozumienie otaczającej mnie wtedy rzeczywistości, pozwolę sobie  opisać, że tak powiem, obyczajowość gospodarzy domu – pary, która mi ten dach nad głową zaoferowała. A pozwolę sobie na to, ponieważ to pewne kuriozum, rzadkość raczej – na szczęście…


Wzmiankowane kuriozum posłużyło za motto dla „Opowieści Wigilijnej”, ale w tej opowieści wszystko kończy się happy end’em, jako że to fikcja literacka, a sam happy end polega na tym, że pewien chory psychicznie nieszczęśnik zostaje uzdrowiony. Jednak, gdy podobne kurioza zdarzają się w życiu, sprawy mają się inaczej nieco. Ofiara choroby, skurwysyn, jest dumny ze swojego nieszczęścia, ponieważ uważa, że to przymiot jest. Nie rozumiejąc, że stan jego umysłu wymaga interwencji lekarza lub cudotwórcy, pragnie w swej chorobie wytrwać do końca życia; hołubi ją, chwali się nią, myślących inaczej traktuje z pogardą i jest zamknięty na wszelkie sugestie świata zewnętrznego. W związku z tym nie ma szansy na ozdrowienie. Bowiem happy endy sprawiedliwości i uzdrowień zdarzają się jednak najczęściej w literaturze fantastycznej.

Para, u której zamieszkałam, to byli właśnie tacy ludzie. Moja matka mówiła o takich, że „gdyby mogli, to by własne gówno zjedli”.  Mieli spore zasoby finansowe, gdzieś tam wcześniej zarobione. Przed przyjazdem do Szkocji sprzedali wszystko, co się dało, zamieniając swój majątek na cash i woreczki złotych pierścionków. Odkryłam kiedyś te woreczki w szafie, podczas sprzątania, które należało do moich obowiązków, jako osoby ze statusem ubogiej krewnej, będącej na łasce skurwysynów. Obydwoje pracowali i zarabiali, a pani domu to nawet miała, jak na tamten czas, dość wysoką pensję.

Ale cóż z tego, skoro ich życie pozbawione było nie tyle nawet wyszukanego komfortu, ile nawet wielu podstawowych atrybutów wygody, że już nie wspomnę o przyjemnościach, jakich można doznać za pieniądze, które to przyjemności wcale nie muszą oznaczać rozrzutności.