9. Pod chorym dachem

Mieszkanie robiło wrażenie smutne i jakoś tak… martwe, rzekłabym, ponieważ nabycie jakiejkolwiek ozdoby lub w ogóle czegokolwiek, co nie było absolutnie niezbędne, nie wchodziło w grę. Wyglądało bardziej na przestarzałą ekspozycję niż na zamieszkały dom. Rzec by można wręcz: trupem wiało.


Zaznaczę, dla lepszego zobrazowania panujących tam standardów, że użyte przeze mnie powyżej pojęcie „niezbędny”nie oznaczało dla nich tego samego, co oznacza dla zdrowych na umyśle. Dla przykładu: podłogi były tam wyłożone wykładzinami dywanowymi, ale odkurzacz okazał się zbędny. Była tylko stara i skołtuniona zmiotka nylonowa, natomiast nie było śmietniczki, która zwykle występuje w komplecie.

Wzbudziło to moje uzasadnione podejrzenie, iż zmiotkę ową ktoś wyrzucił do śmietnika z powodu skołtunienia, po czym została tam znaleziona (czyt. zdobyta) i przyniesiona do domu. Śmieci zmiatało się na to, co akurat było do dyspozycji, czyli np. na niepotrzebną już kopertę od jakiegoś listu z rachunkiem. Moi „dobroczyńcy” spali w nieobleczonej pościeli, bo nie chcieli wydać pieniędzy na powłoczki. Nogi myli raz na kilka dni, żeby nie zużywać ciepłej wody. Herbatę parzyli po kilka razy z tej samej torebki, a używane torebki przechowywali dla następnego użycia w starej zakrętce od słoika po dżemie. Kiedyś widziałam, jak gospodarz wrzucił sobie do kubka (to jakiś cud, kurwa, że w tym domu były cztery kubki, a nie jeden, w końcu można pić po kolei) pięć torebek herbaty „z odzysku”, ponieważ każda z nich była już trzy razy parzona, a on chciał je  wykorzystać raz jeszcze. Myślałam, że nieustająco śnię… Telewizor mógł być używany tylko w weekendy, włączany był wyłącznie na czas bajek dla dzieci, ze względu na oszczędność prądu.

Państwo Scrooge korzystali z internetu w bibliotece publicznej, bo tenże  był tam darmowy, zaś abonament na internet w domu kosztował kilkanaście funtów miesięcznie. Meble w salonie śmierdziały padliną i wilgocią, pochodziły bowiem ze śmietnika. W kuchni był tylko jeden, niewielki garnek – do wszystkiego. Były też dwa noże, kupione, co oczywiste, na wyprzedaży a jakość miały proporcjonalną do ceny: jak kiedyś chciałam nimi pokroić surowe mięso, to powyginały się jak uschnięte liście. Ale poza mną nikomu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie: przecież było TANIE. Wzmiankowane mięso było zresztą moje (zrobiłam zakupy po pierwszej wypłacie), jedyna postać surowego mięsa, jaką tam przedtem widywałam, to mięso mielone, które, jak się łatwo domyśleć, było najtańsze.


Oprócz możności obserwacji spokojnego na ogół przebiegu schorzenia, dotknięta tym nieszczęściem rodzina zafundowała mi też bezpośredni udział w gwałtownym ataku choroby. Zdarzyło się bowiem, że poszłam z nimi  na spacer. Był to, bez wątpienia, jeden z najgorszych spacerów mojego życia. Była niedziela, godzina około piętnastej, centrum miasta, kupa ludzi na ulicach.

Przechodziliśmy kolo charity shop’u. W UK wszystkie sklepy second-handy służą jakiejś misji dobroczynnej – ludzie oddają tam rozmaite przedmioty i ubrania za darmo, bo w ten sposób wspomagają badania nad rakiem, bezdomne psy itp. Wzmiankowany sklep był zamknięty, jak to w niedzielę. Między drzwiami wejściowymi a zamkniętą na kłódkę furtką od strony ulicy, leżało kilka plastikowych toreb z ubraniami, które prywatni ludzie wrzucili tam jako „donation”. A ta tępa krowa (Mrs. Scrooge), kompletnie  nie krępując się obciachu, jaki robiła, kucnęła przy tej furtce, wepchnęła łapsko przez pręty ogrodzenia i zaczęła grzebać w tych torbach, żeby ukraść, mówiąc krótko, to, co ludzie oddali na rzecz dobroczynności. Łapsko miała za grube, bo krata płotka była gęsta, więc zawezwała na pomoc kilkuletnią córeczkę: „kochanie, wsadź rączkę, masz szczuplejsze raczki, niż mamusia. Widzisz, takie różowe tam wystaje, pociągnij, to reszta sama wyleci…”.

Zamknęłam oczy. Gdyby była tam jakaś niewielka choćby kupa piachu – wsadziłabym do niej własny łeb, ale nie było. Stałam wmurowana w ziemię wkurwieniem i wstydem, jak ta żona Lota. Co za przechujnia!!! To był nie tylko obciach, to było także niezgodne z prawem, wszyscy mogliśmy być zgarnięci przez policję, jako uczestnicy tych żałosnych działań! W drodze powrotnej wysłuchałam opowiadania o tym, jakie to fajne ubrania można znaleźć na śmietniku. Ja pierdolę, nie wierzę, ona to wszystko na poważnie?! – myślałam, słuchając tych wywodów o „zaradności” życiowej.


Nie mam nic przeciwko oszczędnemu stylowi życia, nie popieram też, absolutnie, ZBYTNIEJ rozrzutności, ale coś takiego to straszliwa, nieludzka wręcz dolegliwość! To jaką oni mają radość ze swojego stanu majątkowego? Czy którekolwiek z nich czerpie jakikolwiek pożytek z posiadanych pieniędzy? Po co światu tacy ludzie, skoro z ich istnienia wynika tylko zużycie tlenu i produkcja gówna?

Podejrzewam, że mają jakiś szaleńczy rytuał, uprawiany każdego miesiąca, kiedy przychodzi wyciąg z konta: otwierają kopertę, wyjmują ten wyciąg i biegają dookoła domu, w radosnych podskokach, śpiewając wesoło, gratulując sobie samym (lub, w przypadku całych rodzin dotkniętych nieszczęściem, sobie nawzajem) i wachlując się tymi wyciągami, wołają gromko: hurra, hurra, jesteśmy bogaci, hopsasa, hopsasa !!!