5. Spacer z Bodkiem

Rano nikt mnie nie budził, spałam długo, a śniadanie czekało na mnie w kuchni. Słońce świeciło, cieszyłam się na myśl o zwiedzaniu Monaco i okolic. Było też kilka pytań, które chciałam zadać Bodkowi.


Monako to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu – musiałam to napisać, niezależnie od bardzo wytartego brzmienia tej sentencji. Góry i morze w pełnym słońcu. Kolory… ostre fiolety, głębokie róże, słonecznikowe żółcie krzyczały wręcz na tle srebrnoszarych kamieni. Woda przecież lazurowa… W kilku portach jachty za megamiliony i kolesie polerujący chromy. Oceanarium. Ogród Róż.  Posh… Wibrująca w powietrzu wielka kasa. Urokliwie zblazowani, obrzydliwie bogaci, świetnie ubrani ludzie. Zadowoleni. Czysto jak na talerzu, bo chodniki są myte ręcznie. Wielkimi szczotami, które ociekają pianą. Na kolanach.

Trochę liczyłam na obejrzenie kasyna Monte Carlo, ale pora dnia raczej nie ta była. Poza tym Bodek wyjaśnił mi zasadniczą różnicę pomiędzy tutejszym kasynem, a np. kasynami w Las Vegas: żadnych specjalnych iluminacji, czadu nocnego życia z dziwkami, hochsztaplerami, dragami oraz zabawą i muzyką. Spokój, powolność, powaga i gruba kasa nudnych, starych pierdzieli obojga płci. Tak, wobec tego nic interesującego nie było tam dla mnie.

Dużo gadaliśmy z Bodkiem, który po kilku pierwszych wymienionych ze mną zdaniach zorientował się, że moja wizyta nie zakrawa na długą. Wykazał pełne zrozumienie, choć podśmiewał się i z Betki, i trochę ze mnie, jednak  najwięcej ze swojego pryncypała. Pytałam, czemu dziad — człowiek tak bogaty, o takich możliwościach — nie korzysta z usług miejscowych prostytutek. W końcu serwis dostarczany przez nie kilka razy w miesiącu kosztowałby pewnie podobnie do oferowanej mi przez niego miesięcznej pensji, a byłby profesjonalny i wszystko byłoby jasne, przez co prostsze. Odpowiedź była dość oczywista.

Otóż bogate dziadzisko było znanym i szanowanym obywatelem zacnego księstwa. Dziadzisku zależało na utrzymaniu opinii zasłużonego byłego lotnika RAF-u, szacownego i godnego gentlemana, filantropa, który kurewstwem wszelkim się brzydzi.  Żadne więc etatowe kurwy nie wchodziły w grę, za duże ryzyko skandaliku. Ważne było też co o tatusiu myślą synowie, mieszkający za granica. W razie wyjścia na jaw płacenia za prostytucję tatusiowi trudno byłoby utrzymać władzę i szacunek w rodzinie. A taka Polka, czy Rosjanka (bo podobno Rosjanka też kiedyś rezydowała na Avenue des coś tam) może sobie mieszkać. W końcu, jak wiadomo, Portugalki wieczorem pracę kończą i ktoś powinien być przy samotnym staruszku. Nikogo to nie dziwiło, nikt nie zadawał  pytań, a sama dziewczyna, co oczywiste, nigdzie z jęzorem nie poleci.


Bodek był fajnym rozmówcą, a jego prześmiewczość wynikała z wrodzonej bezpośredniości, otwartego charakteru i naturalnej wesołości. Z tego, co powiedział, wynikało, że mój gastryczny sponsor nie będzie robił mi żadnych trudności, w związku z obawą przed skandalem i rozgłosem. Pytałam jeszcze Bodka, czy sądzi, że jaśnie pan dziad pomógłby mi, anyway, np. znaleźć jakąś pracę i dach nad głową. „Zapomnij” – brzmiała odpowiedź. „Nawet nie pytaj. Problemów ci żadnych nie narobi, ale będzie wkurwiony. Poza tym zasada jest prosta: dajesz dupy – zostajesz i zarabiasz. Nie dajesz – do widzenia. Już ze dwa razy tak było”.  No to wszystko jasne.

-T o co robić, jak się mam teraz zorganizować? – zapytałam.
– No przecież chyba dostałaś kasę na powrót też?
– Dostałam, właściwie nawet więcej, chyba po prostu pensje dostałam pierwszą…
– No to pojedziesz na lotnisko, kupisz sobie bilet i tyle.
– Zawieziesz mnie?
– Zwariowałaś? Myślisz, że da ci swojego kierowcę, skoro będzie wiedział, że wyjeżdżasz?
– No to mu nie powiem, chujowi.
– Musisz, nie masz wyjścia. Skoro wczoraj nie dałaś mu… no, wiesz, żeś go nie dopuściła, to dzisiaj już musisz się sprawdzić. Więc jak nie chcesz się sprawdzać – zachichotał – to musisz mu powiedzieć, że rezygnujesz z pracy. On nie ma zamiaru czekać ani się z tobą bajerować. Płaci i chce mieć. Jesteś tylko opłacanym  mięsem, nie będzie się zastanawiał, co ci się podoba, a co nie. Jak odmówisz, będzie wściekły i obrażony, ale nic nie poradzi, będzie musiał to łyknąć. Tyle że nie da ci już nic więcej, nawet mojego czasu.
– Nie wypierdoli mnie na ulicę, jak tylko się dowie?
– No co ty? Przecież mogłabyś gdzieś pójść i coś  powiedzieć. Nie, spoko, zostaniesz do odlotu. Ma pewno ci powie, że masz kupić bilet najbliższy z możliwych. Masz swój pokój i łazienkę, wyluzuj. Jadać będziecie razem, on zawsze chce zachowywać pozory, wydaje mu się, chujowi, że domownicy nic nie kumają. Żebyś ty słyszała, co on mi się o swoich miłosnych podbojach naopowiadał, to byś płakała ze śmiechu. O tobie też na pewno będzie gadał, jak to ze skóry wyłaziłaś, żeby mu dogodzić, palant. Kojarzysz Alexa Toresa?
– Domownicy? Alex Tores?
– No, domownicy to ja i te babki, co przy nim pracują. A Tores to taki wybrylantynowany pajac z jakiejś noweli brazylijskiej. Stary pokazywał mi kiedyś swoje zdjęcia z młodości, wyglądał jak Alex Tores.

Alex Tores, no dobra, niech będzie. No ale na lotnisko jest potwornie daleko. Do samej Nicei można dojść na piechotę (co zrobiłam dwa dni później) i jest to długawy, ale miły spacer. Ale lotnisko nie znajduje się przecież w centrum Nicei. Trudno. Na pewno jest jakiś autobus. Znajdę jakąś informację turystyczną albo co i wszystkiego się dowiem.