2. Początki historii


 Mam kuzynkę, bliską – niebliską, Betkę (to pseudonim, który jej nadałam na potrzeby literatury). To od niej zaczął się mój emigracyjny exodus.


Betka, jak czas pokazał, to kawal suki. Jednak, choć motywacje miała paskudne, a jej moralność to kupa gnoju, w pewnym sensie mogę być jej wdzięczna za całokształt mojego dzisiejszego życia, ponieważ je lubię; a ona, mając zupełnie inne intencje – jednak się temu przysłużyła.

Przez szereg lat moje kontakty z Betką były raczej sporadyczne, ale gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, czy ją lubię, to powiedziałabym, że raczej tak. Inteligentna jest, a to dla mnie powód do przynajmniej życzliwego zainteresowania. Moja córka, Weronka, pracowała kilka lat dla byłego męża Betki; prowadziła mu jego niewielki biznesik w czasie swoich pierwszych studiów. Poza tym nie wiedziałam wiele o kuzynce Betce. Rozwiodła się, miała potomstwo, mieszkała w jednym z licznych mieszkań swojego ojca, a mojego dorobionego wujka, pana ze społecznego awansu,  i jakoś tam sobie radziła. Kiedyś pracowała dla pewnej prestiżowej instytucji, co było powodem zachwytu całej mojej (po kądzieli) oszołomskiej rodziny. Potem od samej Betki dowiedziałam się, że była tam sprzątaczką. Ten szczegół oszołomy bardzo ukrywały, ponieważ to oszołomy, a według oszołomów są prace, które hańbią.

I przyszedł taki dzień, w którym Betka zadzwoniła do mnie z propozycją. Propozycja mocno mnie zelektryzowała (pozytywnie), ponieważ dotyczyła zarabiania pieniędzy, a był to dla mnie, jak wspominałam, czas nędzny i żadne perspektywy zmian nie falowały na horyzoncie marzeń nawet.


Rzecz dotyczyła jakiegoś sparaliżowanego starego pryka, który z racji posiadania ogromnego majątku osiedlił się w Monako, by uciec przed wysokimi podatkami. Mieszkał  tam w luksusowym apartamencie, z widokiem na morze i port helikopterowy, a z balkonu mógłby machać ręką księżniczce Stefanii. Mógłby – gdyby ruszał rękoma  jakoś sprawniej, ale nie bardzo ruszał. Poszukiwał, jak doinformowała mnie operatywna Betka, do prowadzenia własnego, niewielkiego biura giełdowego asystentki, która byłaby jednocześnie jego towarzystwem po pracy i wieczorami, bo samotnie się czuł. Ona (Betka) pracowała dla niego 7 czy 8 miesięcy (mieszkając w gościnnym pokoju tegoż apartamentu), ale, jak chlipnęła, za dziećmi i narzeczonym tęskni, chce już zostać w Polsce, więc obiecała dziadkowi, że mu kogoś na swoje miejsce znajdzie. No i właśnie pomyślała o mnie, i co ja na to?

Troszeczkę mi ta cała historia trąciła kurestwem. No bo jak to jest, że ten oszałamiająco bogaty paralityk nie może zatrudnić nikogo miejscowego? Przecież to byłoby znacznie prostsze. Oferowana pensja jest na poziomie średniej europejskiej, mieszkanie, wikt i opierunek są darmowe, więc jest to bardzo dobra oferta. Dlaczego więc szanowny dziadek poszukuje pracowniczek (definitywnie nie pracowników, jak zrozumiałam) z dalekich i egzotycznych dla niego stron świata? Czyżby liczył, że trudna sytuacja ekonomiczna, panująca w tych rejonach, utnie wszelkie ewentualne dyskusje o pieniądzach? Że dla takiej osoby kontakt z miejscowymi będzie trudny lub niemożliwy? Że będzie dodatkowo onieśmielona „wielkim światem”, jaki zobaczy w domu PANA? Nie mogłam tego wykluczyć, zwłaszcza że podpowiadała mi to intuicja, której ufam.


Szczególnie że co do np. sytuacji ekonomicznej to trafione w dyszkę. Tylko że reszta mnie nie dotykała, nie muskała nawet. Nie ma takiej opcji, żeby niedobory językowe utrudniły mi kontakt z kimkolwiek – to nie ja. Onieśmielenie przepychem? Nie, to też nie ja – zbyt wiele przepychu widziałam i właściwie od dzieciństwa nie jestem nim onieśmielona. Zresztą… Monako, pomyślałam, to cywilizowane miejsce; ja angielski jako tako znam, niejedno już widziałam, znam siebie i wiem, jak sobie radzić; dziadek jest sparaliżowany… Poza tym to przecież moja bliska kuzynka więc nie powinnam chyba być tak skrajnie podejrzliwa i dopatrywać się w tej sytuacji jakiegoś drugiego, plugawego dna. Dziewczyna (Betka) może i ma w tym jakiś swój interes, bo obiecała znaleźć zastępstwo, ale jednocześnie chce mi pomóc, więc po prostu łączy się tutaj jedno pożyteczne z drugim i tyle. Zresztą, co miałam do stracenia? Nic. A od dawna już z moim kochanym Jerzem zastanawialiśmy się w desperacji co zrobić, żeby jakoś normalniej funkcjonować, a nie ciągle wozić ze sobą szczoteczki do zębów, gacie i skarpetki, nocować raz u niego, raz u mnie, starając się nie wyczerpać potencjału tolerancji  reszty domowników za ścianą. Jak wzmiankowałam, perspektyw na zarabianie większej kasy nie było, co jest typowe dla kraju mojego pochodzenia, więc mogliśmy zapomnieć zarówno o wynajęciu mieszkania, jak i kredycie na kupno nawet minimalnego lokum dla wspólnego życia.

Podjęcie decyzji zajęło mi około dwóch minut: jadę. Zwłaszcza że dziadek (podobno z powodu tak bliskiej rekomendacji od Betki) płacił za przelot do Nicei, wysyłając pieniądze przez Western Union.

W ciągu kilku dni kuzynka Betka skontaktowała się z owym mitycznym gentlemanem, w efekcie czego pieniądze na podróż w obie strony (spodobało mi się, że w obie) czekały do odebrania. Kupiłam bilet w jedną stronę, nie wiedząc, jak sprawy się potoczą, czy wrócę, jako nieprzyjęta do pracy, czy przyjadę na urlop.